Koniec ’13

Na dobre zakończenie 2013 roku udałam się na wyprawę do Egiptu. Niestety większość zdjęć zaginęła w akcji. Ale musze tutaj wspomnieć, że miasto było dobrze zabezpieczone! Na każdym rogu stał czołg! 😀 Oczywiście cały Kair zwiedzony- Muzeum Egipskie, wycieczka z kolacją po Nilu w stylu habibi, wytwórnia papirusów, cytadela, lokalne bazarki, piramidy.

egipt 002Tutaj koniecznie muszę wspomnieć, że turyści są osaczani na każdym kroku- nie wiem czy to bieda czy rewolucja poprzewracała lokalnym w głowach, ale byłam nagabywana na każdym rogu, w spokoju żadnego zdjęcia nie mogłam zrobić, ci natrętni ludzie odebrali mi radość ze zwiedzania i cieszenia się starożytną kulturą (a potem się dziwią, że nie ma turystów, skoro ich tak męczą i dręczą), również co kilka kroków napotykałam jakieś wstrętne łapska żądające pieniędzy (nawet pracownicy służb publicznych! wielkie haram!). Zwiedziłam również Aleksandrię- katakumby, pilar pompejski, cytadela na wybrzeżu (tam byłam jak gwiazda; nie mogłam uciec od paparazzich), amfiteatr. Wszystko zwiedzane w tempie przyspieszonym..by szybciej opuścić Egipt.

egipt 036

Niestety przez tych wstrętnych ludzi mam ogromny niesmak- chyba do Egiptu już nie wrócę. W grudniu poleciałam również w inną stron- na wschodnie wybrzeże US- do San Francisco. Załoga okazała się bardzo przyjemna, więc razem wybraliśmy się na zwiedzanie miasta. Zaczęliśmy od przejażdżki słynnym cable car, które dla nas jest bardziej jak tramwaj 😉

IMG_2583Zajechaliśmy na deptak nad wodą, gdzie jest słynne molo 39, a tam pełno leniwych lwów morskich (nie mylić z fokami! haha).

SAM_3844Dużo spacerowaliśmy, pogoda była przyjemna, jednak USA to kraj pełen dziwaków. Nie chciałabym tam mieszkać, taka mieszanka wszystkiego, więc nie ma się co dziwić, że co chwila ktoś z nożem biega, bomby podrzuca i inne cuda. Ah i wcale nie taki kraj wolności, gdzie życie jest tanie i przyjemne- podatki  nie są wliczane w podawane ceny, więc jeśli coś kosztuje 9,99$ strzeż się i szukaj drobnych! Tak naprawdę kosztuje tyle + 9,25% więcej. W każdym stanie inne podatki. Dziwny kraj.

IMG_0262Zobaczyłam z oddali słynne więzienie Alcatraz, na które teraz są organizowane wycieczki łódką- nie załapałam się, gdyż okazało się, że owe wycieczki są bardzo popularne i trzeba je rezerwować dużo z wyprzedzeniem.

IMG_0266Odwiedziłam również Golden Gate Brigde- marzyło mi się przejechać przez most rowerem, jednak pod wieczór temperatura strasznie spadła i wszyscy już zamarzaliśmy.

Lot do Stanów był strasznie długi i niezbyt przyjemny- 95% pasażerów to byli hindusi (lot wyglądał mniej więcej tak: daj mi, ja chce, daj daj, potrzebuje, daj, daj)- 16 h z nimi i mam dość Stanów na dłuższy czas 😉 A 2014 zaczął się pięknie!

It’s alive!

Zaczęłam studia magisterskie, a na jedne z zajęć na zaliczenie w ramach pracy grupowej stworzyliśmy bloga. I tak mi się właśnie przypomniało,  jak to fajnie jest pisać! Postanowiłam zatem odratować moją stronkę i wpisy z podróży.

Etiopia! Obiecana rok temu..

Z Gosią na nasz krótki urlop wybrałyśmy się do Addis Abeby (oj wybór nie był przypadkowy, nie zabrali nas do Kairu, więc musiałyśmy szybko zdecydować gdzie blisko i gdzie nas jeszcze nie było 😉ethiopian dish

Lotnisko malutkie, miasto nie wielkie, mało rozbudowane, a życie mieszkańców toczyło się wzdłuż ulic ze straganikami, obok kościołów i meczetów (wielka mieszanka religijna!). Na pierwszy rzut postanowiłyśmy wybrać się do lokalnej restauracji z muzyką i tańcami na żywo.etiopskie tańce

Ileż energii w tych tańcach! Warta podkreślenia jest ilość ruchów głową, wymachów, kręcenia i potrząsania lokami 😀 i jaka kondycja, ja bym tam padła po 2 min, ale na szczęście mogłam podziwiać popijając lokalne piwo i próbując tamtejszych przysmaków (pierwsze zdjęcie). Potrawa to kurczak i wołowinka w różnych przyprawach i różnych stopniach ostrości, odrywało się trochę naleśnika i maczało w mięsku, oczywiście rękoma. Całkiem było dobre, jednak Gosia wybrała bezpieczną opcje- rybkę.

little ethipia boy

Kolejnego dnia poznawałyśmy okolicę. Czułam się dość bezpiecznie, jedyny incydent jaki mi się przytrafił- zostałam prawie okradziona przez dzieciaki na ulicy. Uratował mnie bałagan w torebce i mnóstwo papierów, biletów, map i innych niezbędnych rzeczy 😀 Zobaczyłyśmy największy otwarty bazar w Afryce, pojeździłyśmy lokalnymi busami (takie małe ogórki), byłysmy w muzeum etnograficznym i lokalnej restauracji Lucy (Lucy ponieważ pierwszy znaleziony szkielet człowieka był właśnie tam). Próbowałam lokalnej kawy, ulicznych przysmaków i zawierałam nowe przyjaźnie. Jednym słowem- wtopiłam się w otoczenie 😀

ethiopian coffe 

Gdy już poznałyśmy miasto postanowiłyśmy się wybrać na północ kraju, w góry. Ku mojemu zdziwieniu- kraj okazał się bardzo zielony, były i rezerwaty przyrody, typowe, afrykańskie chatki, mały wodospad i małpka.

małpka etiopia

W drodze mogłam podziwiać również wspaniałe widoki. Celem naszej podróży było jezioro powstałe w kraterze. Na szczycie z samochodu przesiadłyśmy się na konie i czekała nas długa droga w dół! Strasznie niewygodnie było na tych koniach w dół, więc połowę drogi szłyśmy, całe zakurzone i wybrudzone dotarłyśmy nad jezioro, później łódka i na wyspę w środku 🙂

chatka

Po drodze dzieciaki nam machały, zaczepiały i wyciągały łapki i mówiły (zapewne jedyne znane im słowa) po angielsku: give me money. A ja nie dałam. Za to zrobiłam im piękne zdjęcie, które przez cały rok było na mojej tapecie 🙂

kids

Ot taka, ciekawostka dla nich i dla nas 🙂 Podsumowując- miasto było głośne i tłoczne, trochę brudne i biedne. Za to natura i kultura- pozytywnie zaskakujące 😉

jezioro

One day in…

Trochę mi zajęło ostatnio zebranie się i wrzucenie wpisu. Duzo podróżowałam, wiec żeby Was szybko zaktualizować..skrót ostatnich miesięcy, chronologicznie 🙂 zatem jeden dzień w..

1. Seszele. Bardzo ładnie i zielono, polecam wszystkim na miesiące miodowe, relaksujące urlopy i wypoczywanie na plaży pod palmami z małymi krabikami biegającymi wokół stop 🙂 Mozna również zobaczyć żółwie giganty, mniej więcej Twojego rozmiaru gdy sie zrolujesz 🙂sez

2. Szanghai. Coz za szalone miasto! Architektura zachwyca, jednak Chińczycy maja dziwne zwyczaje.. Na targu na przykład robią się agresywni i biegną za potencjalnym klientem żeby jednak jeszcze trochę potargować. Ale nie ma źle! Na pamiątkę mam piękną, skórzana torebkę, o którą dzielnie wałczyłam ahh!

SAM_2867

SAM_2927

3. Jakarta. Tam to my, biali ludzie byliśmy atrakcją. Już prawie z Andrzejem adoptowaliśmy indonezyjskie dziecko:)

jak

4. Lagos. Zostałam nazwana panienka porcelanka, co do dziś mnie bawi:)

5. Auckland. Bardzo ładnie i zielono, spędziłam tam bardzo intensywny dzień zwiedzając wyspę Waihiki i oglądając winiarnie 🙂

auk

6. Wiedeń. Jak zwykle dobry chlebek i gorąca czekolada 🙂

7. Lisbona. Bardzo urocze miasto! Ludzie mili, ceny przystępne, zdecydowanie na plus!

lisb

lis

8. Kuala Lumpur. Słynne twin towers odwiedzone. Zakupy zrobione tez 😉

kl

9. Hong Kong. Ojoj to był męczący lot! Miasto jednak mnie nie zachwyciło aż tak, było zbyt tłoczno na ulicach i jak na te regiony rozczarowałam się shoppingiem.

hgk

10. Barcelona. Oooo tak! Bardzo ładna i przyjemna.

bcn

11. Paryż. Tam spędziłam więcej niż 1 dzień, obeszłam cale miasto z Luwrem włącznie, zmarzłam bardzo, dobrze ze australijski kolega uratował mnie swoja ogromna bluza, zakupiłam futrzasta czapkę i rękawiczki i komfort zwiedzania się poprawił;) spotkałam znajomych z duńskiego Erasmusa ahh i miałam tam 10 dni chorobowego.. nie polecam latania z katarem ;p

cdg

notre dame

12. Kalkuta. O dziwo bardzo przyjemne miejsce! Lotnisku maciupeńkie, ale za to ludzie mili, przywitali nas w hotelu jak gości honorowych, ba dostaliśmy nawet prezenty! Zobaczyłam dom Matki Teresy i jej sierociniec, odpoczywałam w parku, gdzie to znowu byłam atrakcja turystyczna (dowiedziałam się, ze to dlatego iż jestem taka biała) i targowałam ceny szaliczków, których tam mieli bez liku.

ccu

13. Sao Paolo. Lot zabójca. 14 h w jedna stronę. Miasto bardziej biznesowe niż turystyczne, wiec zwiedziłam tylko centrum handlowe i carrefoura :p

sao

14. Etiopia.. Ale o tym więcej w kolejnym wpisie już wkrótce:)

Najmniejszy wulkan na świecie

Zostałam wysłana na Filipiny- wylot o 3:45 (olaboga), opóźnienie 1-godzinne, bo arabski pan po wejściu na pokład jednak postanowił nie lecieć. Lot do Manili około 8h, ale jak gładko poszło! Okazuje się, że Filipińczycy są niesamowicie mili, nie robią żadnych problemów i nawet nie dzwonią po nas jak czegoś potrzebują. Właściwe to musiałam ich namawiać żeby może się czegoś napili. Jacy grzeczni pasażerowie, żeby tylko takich więcej 😉

Wylądowaliśmy kolo 18 lokalnego czasu, dojazd do hotelu zajął nam ponad godzinę (straszne korki), a tuż obok hotelu było ogromne centrum handlowe. Jednak nie zdążyłam się nim zbyt nacieszyć (poszliśmy tylko na kolacje i szybkie zakupy do marketu), gdyż postanowiliśmy się udać na krajoznawczą wycieczkę następnego ranka.

Hotelowy pan nam najpierw zaproponował cenę 6500 pesos filipińskich (1$~43pesos), mocno targowaliśmy, kolejna cena to było 5000, ale stanęło na 2000. Następnego ranka stawiliśmy się o 7 w lobby, gdzie czekał na nas kierowca naszego vana. Podróż zajęła nam około 2h, a już nad morzem widoki były zapierające dech (trochę jak z tego serialu ‘Zagubieni’ :D). Dodam, że w Dubaju strasznie mi brakuje natury i zwierząt (tak, są tu parki, ale kto chce iść do parku gdy na zewnątrz jest 46 C?).

Na wybrzeżu zapakowano nas do śmiesznej łódeczki, ubrano w bardzo twarzowe, pomarańczowe kamizelki i w drogę- na wyspę. Zaczynało się już robić gorąco, więc bardzo przyjemnie było poczuć chociaż małą bryzę 😛

Na miejscu odebrał nas jakiś pan i zabrał do koniokuców (takie śmieszne zwierzaki, za duże jak na kucyki, za małe jak na konie). Wsiedliśmy na nie i w drogę- pod górę. Ja dostałam białego rumaka, a Filip, no cóż, był trochę za duży jak na tego zwierzaka, ale jakoś sobie poradzili.

Podróż nie było zbyt przyjemna (dalej ją czuję za każdym razem gdy siadam :D), ale widoki przepiękne. Dotarliśmy na szczyt, a tam pani nas namawiała żeby kupić drinki naszym panom od kuców. Ciekawy biznes. Wdrapaliśmy się jeszcze trochę wyżej i oto był najmniejszy wulkan na świecie (jak mówiła ulotka)-Wulkan Taal, ostatnio wybuchł w 1977, obecnie zalany wodą. Poniżej nasza wymęczona gromadka z wulkanem w tle 🙂

W międzyczasie zrobiło się strasznie gorąco, szybko się nacieszyliśmy widokami i postanowiliśmy wracać. Znów koniokuce (podróż w dół byłą jeszcze gorsza), łódeczka, van, hotel. Okropnie sobie spaliłam nos, w samolocie się tylko śmiali, że był pod kolor szminki 😛

Wróciliśmy późnym popołudniem, odespałam trochę i zdąrzyłam jeszcze pobiec do centrum handlowego, ale brakło mi czasu żeby się nacieszyć sklepami. Kupiłam tylko 2 pary butów 😛

Czułam taki niedosyt zakupowy, ale musiałam wracać i zbierać się na lot. Wylot był o północy, znowu całkiem przyjemnie się leciało. Mam nadzieję, że dostanę jeszcze Manilę parę razy, bo dużo innych wysp czeka na zwiedzenie 🙂 Filipiny- zdecydowanie na duży plus.

Na locie mieliśmy takiego arabskiego pana (jacy oni są problemowi!), który miał zakaz picia alkoholu (odgórnie) i oczywiście cały czas próbował dostać piwo. Nie chciał rozmawiać z naszym arabskim kolegą, potem z nami też, tylko z naszym szefem. Potem stwierdził, że ma atak serca i chciał się widzieć z kapitanem (haha dobre) i kazał nam lądować w Karachi. Taki zabawny pan 😛

Na początku miesiąc byłam w Singapurze^^. Coraz bardziej mi się tam podoba, myślę, że mogłabym tam mieszkać 😛 ukulturalniłam się bardzo- udałam się na wystawę Andyiego Warhola. Ciekawie było. Okazało się również, że Singapurczycy mieli dzień orkiestry i jakieś świętowanie było wielkie- fajerwerki, muzyka, zamknięte ulice.

A w arabowie zaczął się ramadan. Nie ma imprez, nie ma jedzenia ani picia w miejscach publicznych za dnia. Bardzo smutne 30 dni. No cóż, trzeba jakoś przeboleć. Za parę dni odwiedza nas Doma- koleżanka, która ciągle pracuje w RJu. Fajnie będzie się zobaczyć po takim czasie i poplotkować 😉 buziaki!

Johannesburg

Na koniec czerwca zostałam wysłana do Południowej Afryki. Wylot w środku nocy- o 04:40. Mimo braku snu i szalonej pory jakoś nie odczułam zmęczenia, lot był całkiem przyjemny, a pogoda w Johannesburgu piękna- słonecznie i świeżo (mają tam teraz jesień). Po zameldowaniu w tym śmiesznym hotelu (prysznic jest w pokoju, a z nad toalety spogląda Audrey Hepburn) ja i prawie cała załoga z ekonomii zdecydowaliśmy się wybrać na lwią farmę- widoki niczym z ‘Króla lwa’ 😛

Przed wyjazdem dostałam maila od ex-crew z ofertą wycieczki, więc odpisałam, że chętnie i postaram się zebrać jeszcze 3 inne osoby. Okazało się, że w sumie nas 6 było, więc wcisnęliśmy się do osobowego samochodu + kierowca. Ktoś tam narzekał, że stracił czucie w pośladku, inna osoba na skurcz łydki, ale wesołą gromadką, powyginani i pokrzywieni, jakoś dotarliśmy na miejsce.

Zaczęliśmy od miejsca spacerowego, gdzie można było pogłaskać niektóre zwierzaki. I tak właśnie wygłaskaliśmy żyrafki, słodkie były i mięciutkie, tylko strasznie się śliniły- ale to na pewno z radości 🙂 Potem pooglądaliśmy hieny, gepardy, a nawet znaleźliśmy Timona i jego rodzinę!

Potem nas wpuszczono do zagrody dla lwiątek. Strasznie słodkie były te maluchy, chcieliśmy wszyscy je wyściskać, ale leniwe takie! Nawet nie raczyły nas zaszczycić spojrzeniem, tylko wylegiwały się na słonku.

Pogłaskaliśmy je- mieliśmy limit czasowy; 2 minuty. Porobiliśmy zdjęcia i poszliśmy do zagrody z trochę większymi lwiątkami. Te już sobie biegały i zaczepiały, koledze się nawet jeden do nogawki przyczepił hehe

Potem nas wpakowano do samochodów; tym razem dwóch, więc nikt nie narzekał na brak przestrzeni. Zabrano nas na przejażdżkę po terenie parku, to sobie pooglądaliśmy z bliska zebry, strusie, gazele/antylopy (?).

Na koniec przejechaliśmy się do części dla dużych lwów. Fajne, pokaźne zwierzaki, ale też takie leniwie- chyba trafiliśmy na czas sjesty. To się przed nami przechadzał biały lew, a inne leżały albo się tarzały w trawie czy wpatrywały w potencjalne przekąski- ptaki.

Były też duże gepardy, dzikie psy i na koniec.. ziewająca lwica- ten widok nas bardzo rozbawił 🙂

W drodze powrotnej już wszyscy przysypiali w samochodzie, zatrzymaliśmy się jeszcze w markecie- kupiłam likier południowoafrykański w butelce w słonia- mam nadzieje, ze jest yummie. A jak tylko wróciłam do hotelu to padłam. Cóż to był za piękny, długi dzień!

Dostaliśmy też plan na lipiec! Hurra czeka mnie mnóstwo podróży!

Dubajkowo!

To już 3 miesiące odkąd zamieszkałam w Dubaju! Czas płynie tu niesamowicie szybko, zwłaszcza odkąd zaczęłam latać. I już nie jestem taka nowa, na moich kilku dotychczasowych lotach miałam paru świeżaków 😛

Na czerwiec Emiraty zaserwowały mi podróże w każdy zakątek świata. Na początek dostałam strasznie długą wycieczkę (cały tydzień!) Singapur- Melbourne. Loty całkiem przyjemne, każdy sektor 7 godzin. Zacznę od Singapuru 😀 w ramach rozrywki po trudach lotu wybrałam się z polską koleżanką do Universal Studio- parku rozrywki na wyspie Sentosa (Singapur składa się z jakiś 54 wysp).

Spędziłyśmy cały dzień na rollercoasterach (gdzie nas wyśmigali do góry nogami, na lewo i prawo), zjeżdżalniach i robiąc zdjęcia z bajkowymi postaciami. Były też wodne przejażdżki; wyszłyśmy całe mokre- dobrze, ze było 30 st.

Teraz już nawet wiem gdzie mieszka Shrek! Haha

W owym parku na jednej przejażdżce odkryłam swój największy lęk- transformersy w 3D . To było naprawdę creepy 😛

Fajne było zobaczyć Zasiedmogórogród, tańczące pingwiny, Kota w butach i te wszystkie atrakcje- taki zabawny, beztroski dzień.

Singapur jest bardzo czystym krajem- żucie gumy jest zabronione, palenie, śmiecenie itd. Mało zachodnich ludzi, ale w sumie nikt na nas się też nie gapił ani nie zaczepiał. Kraj jest dość bogaty, wszystko ładnie i kulturalnie, ruch znowu złostronny! Aaa mają tam swoje dolary, a ceny zdarzały się nawet 3 razy wyższe niż w Dubaju.

Wybraliśmy się także pozwiedzać miasto. Nawet mała mżawka nas nie zniechęciła. Jako że Singapur jest miastem portowym było dużo wody dookoła. Te budynki- hotele co widać w oddali (poniżej) mają na czubku łódź- tam się właśnie udaliśmy.

Oczywiście koledzy z załogi nam się pogubili po drodze (postanowili przebiec przez drogę- co podobno też jest surowo karane- a my ładnie przejściem podziemnym). W sumie przez jakiś czas byłam przekonana, że będę musiała ich odbierać z komisariatu 😀 wjechałyśmy na 57 piętro, by zobaczyć całe miasto- czekał nas taki widok

Potem załapaliśmy się na ‘wycieczkę’, która była definitywnie najkrótszą w moim życiu- około 3 min. Panowie nas po prostu przeprowadzili na stronę dla gości hotelowych. Widok robił wrażenie 😉

Singapur jest u mnie na plus. Gdyby nie taka pogoda (za duszno! Nie było czym oddychać) mogłabym tam mieszkać 😉 w międzyczasie poleciliśmy jeszcze do Melbourne. Tam zimno (10 st), padało i w sumie tak się zmęczyłam w Singapurze, że większość czasu przespałam. Wyszłam z koleżanką na miasto, na piwo i spacer. Kupiłam też Australijskie wino, z racji że jestem już szczęśliwą posiadaczką licencji alkoholowej 😀 (bez owej licencji nie można przechowywać ani kupować alko w Dubaju).

Przy jakimś budynku urzędowym postanowiłyśmy porobić zdjęcia, gdy znienacka pojawili się panowie ochroniarze. Myślałam, że nakrzyczą i wygonią… a przyszli nam zrobić zdjęcia, bo nas widzieli w kamerze 😛 jacy mili hehe w drodze powrotnej przez park natrafiłyśmy na dziwne zwierzaki, trochę oswojone, bo podchodziły do nas i pacały noskami.

Nakarmiłyśmy je M&Msami, trochę nas podziabały w palce, ale dały się też pogłaskać. Ale dalej nie wiem co to było- kto mi powie też dostanie ode mnie M&Msy 😀 Australia w sumie jest spoko- nie zdąrzyłam za wiele zobaczyć, ale wszyscy są wyluzowani. W sumie w połowie tej wycieczki zaczęłam tęsknić za Dubajem i dobrze było już wrócić.

Potem zostałam wysłana do Hamburga (powyżej). Europa! Ale cudownie było pochodzić po mieście z parasolką w ręku! Dużo zieleni, Rossman, zakupy. Bardzo przyjemnie mi tam było. Hotel był też bardzo fajny, nad jeziorkiem.

Udało mi się nawet spotkać z Anią- koleżanką ze studiów! Wybrałyśmy się na kawę i plotki 🙂

Pod koniec maja moje współlokatorki się wyprowadziły- przyznam, że bardzo wygodnie mi się mieszka samej. Cicho i czysto. Nawet pustynna lokalizacji już mi tak nie przeszkadza. W Dubaju jak dotąd bardzo mi przyjemnie, byłam nawet na imprezie na jachcie ze znajomymi, a wczoraj grałam w badmintona w parku 🙂 znajdzie się tu rozrywka dla każdego!

Z racji że podróżuję więcej postaram się też częściej pisać. Na dzisiaj to tyle. Pozdrawiam i buziakuję!

Kierunek: Dubai

Czy zaglądacie tu jeszcze?

Ostatnio byłam trochę zajęta ogarnianiem się po Jordanii, odpoczywaniem, przeprowadzkami i odnajdywaniem się w Dubaju. W sumie ostatnie zadanie dobrze mi wychodzi- całkiem fajnie się tu żyje, na pogodę nie można narzekać, czysto i ładnie, nawet dość dużo zieleni, dużo atrakcji.

To już blisko 2 miesiące odkąd tu zamieszkałam! Ale nie czuje się jak w arabskim kraju- zachustanych Arabów prawie nie widać, a język arabski chyba tu wymarł. Miasto jest dobrze zorganizowane, mają parki, plaże, metro, nawet wodne taksówki! Dużo centrów handlowych, klubów, restauracji, Europejczyków, czysto i kulturalnie. Zdarzyło mi się nawet być tu na grillu!

Mają nawet lodowisko i stok ze śniegiem w jednym mallu. Dodam, że dzisiaj temperatura wynosi 42 stopnie. A to dopiero początek.. 😛

Zaraz po przyjeździe nas zabrano na wycieczkę po mieście, żebyśmy wiedzieli gdzie, co i jak.  Nawet nas wzięli do muzeum- historia Dubaju ma około 100 lat, beduini zaczynali tutaj od wypasu wielbłądów i fishingu, w sumie nie ma co- szybko się rozwinęli 😉 A sheik Dubaju nijaki Muhammad ibn Rashid al Maktum (tak! umiem to wymówić) zapowiedział, żeby dać mu trochę czasu, a Dubaj będzie numerem 1. We wszystkim.  Jak wyczytałam w jakimś mądrym magazynie Dubaj jest 40 miastem na świecie pod względem poziomu życia- pierwszy był New York, Londyn, Mexico City.. Zatem czekamy 🙂

Niektóre prawa są zabawne- nie można np. żuć gumy w metrze- grozi poważną grzywną, nie można też kupić w sklepie ani przechowywać alkoholu- potrzeba do tego licencji (oczekiwanie na ową licencje to około 2 mesiące- ja już czekam całe 2 tygodnie i marzy mi się wypróbować alkohole z każdego zakątka świata).

Skończyłam już mój kurs i miałam dopiero moje dwa próbne loty. Trochę zamieszania i bieganiny na pierwszym, ale kolejny jakoś bardziej przystępny był. A wcześniej całe 7 tygodni nauki, wstawania o 5, odrabianie zadań domowych i zdawanie egzaminów. Za to w weekendy mogliśmy szaleć- to na imprezach na plaży (uwielbiam!) czy zwiedzając wszystkie kluby (byłam nawet w klubie z karłami, cyrkowcami i ogniem), opalając się za dnia, zwiedzając miasto, czy to na pustynnym safari.

O desert safari warto wspomnieć więcej, gdyż miałam tam niesamowity fun 🙂 Pan z biura wycieczkowego nas zapakował do dużego wozu, zabrał na pustynie, powoził po wszystkich możliwych górkach i dołkach, obwiózł po wielbłądzich farmach i zabrał do obozu, gdzie było dość dużo wycieczkowiczów.

A tam jeździliśmy sobie na wielbłądach czy na deskach sandboardowych 😀 zrobiłam sobie nawet tatuaż na stopie i przymierzyłam arabskie ciuszki. Dostaliśmy dużo jedzenia, poćwiczyliśmy taniec brzucha i głaskaliśmy sokoła. Taki zabawny dzień 🙂

Już wkrótce znowu zacznę podróżować, więc czeka mnie dużo nowych miejsc i wrażeń. W środę lecę do Frankfurtu, zostajemy tam 1 dzień i to mój pierwszy lot z pełną odpowiedzialnością. Trzymajcie wszyscy kciuki!

Bo za wszystkim stoją Żydzi :D

Zima w Jordanii jest straszna. Zimno, mokro, mieszkań nie da się ogrzać. Styczeń był okropny, w dodatku RJ nie pomagał- miałam same loty po arabowie, dopiero na koniec dostałam BKK- tam jak zawsze było cudownie 😉

Parę dni później, jako że doprosiłam się o swój urlop, wybrałam się do Tel Avivu i przy okazji odwiedzić kolegę z Wiednia (pozdrowienia Michał!). Na lotnisku bardzo nieprzyjemna pani wzięła mój paszport i wysłała na ‘przesłuchanie’- a gdzie, po co, skąd, na ile, do kogo, dlaczego bez pieczątki, adresy, nazwiska, daty urodzenia 😛 Z godzinę mi zeszło- pełna inwigilacja.

Ale warto było 🙂 Po przymarzaniu w Ammanie pogoda w Izraelu okazała się cudowna- ok. 19 st, słonecznie, plaża, morze, zielona trawa.. 😉 Obejrzeliśmy miasto, w sumie tak normalnie- nie arabsko, więc odpoczęłam psychicznie. Ludzie tam nie trąbią aż tyle co tu i grzecznie się zachowują za kółkiem. Minus Tel Avivu- drogo.

Poszliśmy do arabskiej części- i tam, jak mówiła tablica (poniżej), oczywiście przeszłam przez most, pomacałam swój znak zodiaku, popatrzyłam w morze i pomyślałam życzenie- hehe teraz czekam aż się spełni 😀

Ahh jeszcze szabas.. no tak, od piątkowego zachodu słońca do sobotniego. Teoretycznie nie mogą używać urządzeń elektrycznych i pracować, praktycznie trochę mniej samochodów było na ulicach, a winda była w trybie –stań na każdym piętrze, żeby Żyd nie musiał się męczyć i naciskać przycisków.

Miałam okazję również zobaczyć Jerozolimę. Zaczęliśmy od Ściany Płaczu, potem Grób Pański, szybka rundka po stacjach drogi krzyżowej, milion kaplic, kościołów i innych miejsc modłów, pełno rozmaitych straganików i sprzedawczyków- poczułam się jak na Down Town w Ammanie 😛

Mieszkańcy tam paradowali to w jarmułkach, czarnych kapeluszach- i hit- jakiś syberyjskich futrzastych czapach. Nie mogłam się napatrzeć i nadziwić 😛 i oczywiście musiałam sfotografować. Ach a jaka finezja w stylizacji pejsów!

Pogoda również sprzyjała, więc pojechaliśmy na Górę Oliwną i troszkę dalej był wspaniały widok na miasto 🙂 a tam arabski pan do mnie: ‘zdjęcie z wielbłądem!’ W sumie nie ma co się dziwić, pełno tam Polaków, więc chcąc zarobić lokalni muszą aktualizować swoje zasoby językowe hehe

Szybko ten weekend zleciał, a powrót i przeprawa przez lotnisko nie była łatwa. Najpierw szybkie przesłuchanie, potem x-ray walizki, potem przeszukanie walizki, potem osobiste przeszukanie mnie (olaboga! Pani nawet sprawdzała gumę od moich legginsów i przestrzenie między moimi paluszkami u stóp), a czy ma pani ze sobą jakieś noże albo ładunki wybuchowe, potem bilet (wysyłali mnie z 1 countera do 2, z racji że miałam zniżkowy bilet i nie ogarnęli). Potem było jeszcze przeszukanie, ale jako że już zostałam sprawdzona w każdy możliwy sposób pan security mnie eskortował do odprawy paszportowej. Tym razem już bez problemu.. i powrót do Ammanu.

Tu się zaczęło! Gdyż ponieważ nie wszyscy mogą wiedzieć, ale odchodzę z tej wspaniałej firmy! Tak! Podjęłam tę męską decyzje 😉 Procedura odejścia z RJa- równie skomplikowana jak przeprawa przez lotnisko w TLV. Najpierw oddać uniformy, dokumenty i naszą biblię pokładową, potem kwatera główna, dokumenty, wydział podatkowy (ojoj tam głowa prawie mi eksplodowała! Biegałam z pokoju do pokoju przez 2 h, żeby się dowiedzieć ile kar i odsetek muszę płacić). Potem head office, wydział finansowy, paszport. Ale za to kolejnego dnia tylko odbierałam czeki, więc ukojenie dla mojej umęczonej duszy 😛 dostałam również bilet i kwit na 200 kg bagażu.. no ale aż tyle chyba nie będę mieć 😛 huh!

A więc wracam do domu.. na wakacje zimowe 🙂 ale nie żegnamy się jeszcze, bynajmniej nie na długo, gdyż potem.. kolejne podróże i przygody! Mazel tov! 😀

TRAVELLANKA

Ostatnie miesiąca były bardzo intensywne, jak widać high season na latanie nie zakończył się wraz z latem. Wysłano nas także na odświeżający kurs z safety. Grudzień okazał się bardzo przyjemny- miałam dużo fajnych lotów; to Bangkok, to 2 Londyny i długie Kolombo. W Europie z załogą mieliśmy fun, Londyn okazał się bardzo świąteczny i nie taki mroźny 🙂

Święta spędziłam tradycyjnie u polskich koleżanek na imprezie- były pierogi, polskie koreczki, serniczek i pełno nieznajomych 😛 już nie było tak kameralnie jak rok temu, ale impreza- całkiem szalona 😉

Zaraz po tym miałam okazje wybrać się na gorącą Sri Lankę- jak wspaniale było biegać w japonkach przy temperaturze 30 st. Poleciałam z Kasią, moim team bidem, i miałyśmy tam całkiem dobrą zabawę.

Pomoczyłyśmy się w Oceanie Indyjskim (dalej taki wzburzony i nie do końca czysty), jadłyśmy dobre jedzonko, powoziłyśmy się tłukami (takie nasze jakby hobby w Azji) i odkryłyśmy na nowo uroki Sri Lanki.

Soczysta zieleń, egzotyczne drzewa i poczułyśmy się jak w dżungli. Ludzie bardzo uprzejmi, skromni i zrelaksowani, a czas jakby się tam zatrzymał. Wybrałyśmy się na wycieczkę na farmę słoni, gdzie to mogłyśmy myć w rzece zwierzaki i drapać po uchu kawałkiem kokosa..

..jeździć na nich (słonie mają takie śmieszne sztywniaste futerko lol)..

..i je karmić owocami 🙂 Radość nie do opisania!

Trafiłyśmy także do ogrodu przyprawowego, gdzie wąchałyśmy drzewo sandałowe, dowiedziałyśmy się, że cynamon jest dobry na ból zęba, a szafran na depilacje 😀 takie nam ciekawostki panowie mówili, a potem chcieli wcisnąć za bezcen jakieś małe pamiątki.

Czas nam bardzo przyjemne upłynął i pełna nowych sił wróciłam do Ammanu, żeby świętować Nowy Rok- godnie go przywitaliśmy, impreza była bardzo udana (domówka u znajomych)- zatem oczekujemy, że kolejny rok będzie tym najlepszym 😉 Szczęśliwego wszystkim!

Madrid!!

Mamy już październik-co to dla nas oznacza? Koniec high sezonu! To niesamowite, ale w końcu mamy trochę czasu wolnego 🙂 Robimy sobie wypady nad morze, to do Jarash i na barbeque (taaakkk zobaczyłam pierwszy raz LAS w Jordani. Prawdziwy las z drzewami, nie palmami!!) czy drinkujemy ze znajomym. Jednym słowem- wracamy do życia 😉 Nie muszę chyba wspominać, że wcześniej (prócz offów) nosiłam na zmianę tylko uniform i piżamę 😉

Moje wrześniowe offy spędziłam w Madrycie. Była to bardzo last minute decyzja, z racji że wcześniej wróciłam z Londynu chora, bo oczywiście zaskoczyła mnie pogoda. Ale udało się wszystko załatwić i poleciałam. W mig opanowałam działanie metra i rozkład miasta 🙂

Ahh jak wspaniale było być w Europie! Normalność, mini sukienki 😀 światła i pasy dla pieszych, cisza i zieleń, radośni ludzie na ulicach, pełno ulicznych artystów, piwo, wspaniała pogoda- dobrze mi tam było. Zwiedziłam cały Madryt, poopalałam się w parku na trawie, zrobiłam zakupy, poznałam parę Niemców i kilku Australijczyków (ahh jaki australijski angielski jest cudowny ).

Ukulturalniłam się bardzo. Poszłam do Muzeum Del Prado, gdzie to wisiały Rembrandty, Tycjany, Rubensy i inni; mogę nawet powiedzieć, że ukulturalniłam się na zapas- na jakieś kolejne 2 miesiące na dzikim wschodzie 😀 po 4 dniach musiałam wrócić i dosłownie przebiegłam cale lotnisko w szpilach i uniformie, ale zdążyłam na mój lot i dostałam zaszczyt posiedzenia pierwszej klasie. Czasami moja firma jest fajna 😛

I dla jeszcze niewiedzących- tak, podpisałam cyrograf na następny rok w Ammanie. I już planuję moje kolejne podróże. Pozdrawiam i buziakuje!